Jedyne, czego nie potrafię zrobic, to cofnąć czasu.
RSS
piątek, 29 stycznia 2010

Mija prawie tydzień od pogodzenia się.

W sumie niby tak samo, ale nie do końca. Cały czas tkwi we mnie żal, niedosyt. Coś umarło we mnie. Trochę miłości? Uczucia? Sama nie wiem. Wiem natomiast, że świetnie dałabym sobie radę sama. Coraz częściej zastanawiam się, po co mi mężczyzna? Mąż? Wsparcie prawie żadne, czasami jadowitość bez okazji, dość specyficzny sposób rozmowy (przydługawy dokładnie mówiąc). Nie wiem. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam po raz kolejny wychodząc za mąż. Robiłam to dla siebie. Egoistycznie. I wszystko było prawie cały czas dobrze. Prawie. Tylko ten niedosyt, niemożność zdefiniowania usterki, braku czegoś. I – bęc. Po 7, 5 roku wreszcie doszłam, co to jest. Bark wsparcia, ochrony przed pasierbem. Nieraz mam wrażenie, że mąż boi się własnego syna. Może on coś wie o nim? Sama już nie wiem, co o tym myśleć. Ale jakiś dziwny układ między nimi panuje. Praktycznie nie rozmawiają ze sobą. Mąż, co jakiś czas mu tłumaczy, że w pokoju się sprząta, że trzeba się uczyć, a ten mu odpowiada, że ojciec nie będzie mu dyktował życia. Tylko, że ojciec na razie go utrzymuje. A ten po prostu żyje. I już.

W poniedziałek zepsuł się piec centralnego ogrzewania. Zero ciepła, zero ciepłej wody. Temperatura w domu – 8 stopni. Brrrrrrr. I mój kochany mąż oględnie powiedział, ze gdyby wiedział wcześniej to mógł szybciej zareagować. A kto był w domu cały czas?? Pasierb. I jakoś nie zauważył, że nie ma ciepłej wody, że kaloryfery nie grzeją.  Mąż zachowywał się jakby to była jego wina, że piec się zepsuł. Jest to męczące dla mnie. Równie dobrze może się obwiniać, że są mrozy, albo pada śnieg. Ma na to mniej więcej taki sam wpływ, czyli żaden. Lecz chodził z miną cierpiętnika, a mnie śmiać się chciało i równocześnie szlag mnie trafiał. Wreszcie jest ciepło i dom zaczyna „łapać” temperaturę.

Maleństwo ma sesję. Biologia zaliczona. Geologia też, informatyka za drugim podejściem (najchętniej to głowę bym mu urwała – ile można powtarzać, żeby nie zostawiał wszystkiego na ostatni moment??). Matematyka pewnie popłynęła. Ale mam nadzieję… Jest nadzieja.. Może się uda… Na pewno się uda… Jak można jeszcze zaczarować coś prawie niemożliwego??

Dzisiaj idziemy do teatru na spektakl: Król umiera, czyli ceremonie. Podobno rewelacja. Zobaczymy.

piątek, 22 stycznia 2010

Mąż wyciągnął do mnie łapkę na zgodę. Sam zagadał: kłócimy się dalej czy godzimy? Dość specyficzny sposób na pogodzenie się, ale wiem z doświadczenia, że u niego tak to wygląda. Być może zrozumiał coć, być może miał dość idealnej ciszy w domu, braku rozmów, ciepłych słów. Nie wiem i nawet nie chcę się dalej nad tym zastanawiać i roztrząsać, bo mogę dojść do wniosków, które siedzą gdzieś głęboko we mnie, a nie są niestety korzystne.

Dzisiaj topory zakopane, ja "nie zieję nienawiścią", zaczynamy powoli rozmawiać. Przypominamy parę szczeniaków, które się obwąchują z zaciekawieniem. Najbardziej z tego zadowolony (nie ze szczeniaków, tylko z pogodzenia się)  jest B. Codziennie mnie pytał: „pogodziłaś się?”. A w dzień kłótni wysłał mi smsa (gdy był u swojej dziewczyny): bardzo chcę, żeby wam wyszło. Taki jest.

Pasierba mam gdzieś – wiadomo gdzie. Totalny ignor. Temu to nawet przez myśl nie przeszło, żeby przeprosić. Chociaż ABSOLUTNIE NIE CHCĘ PRZEPROSIN od niego. A po co?? Puste, nic nieznaczące słowo, które powiedział.

Dzisiaj „wprowadzam się” z powrotem do sypialni. Obrączkę założyłam rano. Zobaczymy.

W każdym razie pokazałam, że potrafię walczyć o swoje imię, swoje racje, co, do których jestem pewna, że są słuszne.

 

A za oknem? Za oknem piękna słoneczna zima, która odzwierciedla stan mojej duszy. Mroźno, lecz słonecznie. Tak bardzo stęskniłam się za słońcem i błękitnym niebem. Gdy widzę słońce to od razu mi lepiej, radośniej. Może kupię sobie spodnie w sobotę, albo i dwie pary. Podobają mi się bojówki, lecz mam dziwne uczucia, co do nich. Za dużo się dzieje na tych spodniach, może jednak „dojrzeję” do nich. Okaże się. Wieczorem idę na kolejne w tym tygodniu zajęcia fitness – efekt jest. Jak tak dalej pójdzie to moje zamierzenie na ten rok – 10 kilogramów mniej – spełni się szybciej niż przypuszczałam, Ale to super. A w ogóle to mam ochotę wyjechać gdzieś sama na kilka dni. Odpocząć. Pobyć z własnym myślami.

 

"Rozczarowania trzeba palić, a nie balsamować."

Mark Twain

 

czwartek, 21 stycznia 2010

Ciszy ciąg dalszy, ale zaczyna być normą.

To jak zwykle ja nie wytrzymałam i zaczęłam rozmowę pytając, czy wie, o co mi chodzi i dlaczego są ciche dnie.

I co?? Nie rozumie biedaczek!

To ja zieję nienawiścią od trzech dni, a on jest w idealnym porządku. Fakt – w piątek, jak tylko mógł najszybciej (jego słowa) przyszedł do góry z kubkiem herbaty dla mnie. Po jakieś chwili usłyszałam, że to ma być „wyciągnięcie łapki na zgodę”. Zawsze coś takiego przyjmowałam. Lecz nie tym razem. Zostałam tak mocno dotknięta i obrażona przez niego i jego syna, że dla mnie to za mało. Cały czas jak naiwna czekałam na słowo „przepraszam”. Słowo, które popłynie z głębi duszy, serca. Które poprosi o wybaczenie, o powrót, postaranie się o powrót do dawniejszych czasów. Bez kłótni. Ale nie usłyszałam. Miałam się domyśleć.

Powiedziałam wczoraj, ze dopóki nie usłyszę przepraszam, to nadal będą ciche dni. Usłyszałam „przepraszam”, ale powiedziane w ten sposób, że było to kolejna kpina z rzeczy dla mnie ważnej. I tak dla „złagodzenia” sytuacji usłyszałam, (gdy mąż siedział i zaczynał oglądać mecz i miał otwarte piwo – a pije baaaaaaaaardziej niż rzadko), że wreszcie teraz wygląda jak MOJE WYOBRAŻENIE o mężczyźnie.

Zebrało mi się na płacz. Ile ja jeszcze mam znosić? Dlaczego ja się mam wiecznie pochylać nad „biednym” pasierbem? Mężem, „którego nikt nie chce zrozumieć”?

Jak długo mam dawać się obrażać?? A tak naprawdę to walczyć o swoje dobre imię?? Czym sobie zasłużyłam na takie traktowanie????

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Lubię zaglądać
Miejsce tysiąca drzwi i jednego klucza
Moje szczęścia
Papkin
Życie i Oczekiwanie

Virtual Pet Cat for Myspace
ministat liczniki.org
free counters PustaMiska - akcja charytatywna